piątek, 25 stycznia 2013

O co chodzi z tym afrykańskim czasem ??


       Słyszałam kiedyś, że Afryka ma czas, a Europa zegarki.
Afryka też ma zegarki, tylko ich nie używa ;)
Kiedy patrzę na Tanzańczyków w głowie mam jedna piosenkę:  ‘(…)mamy czas, mamy czas, czas nie goni nas (…)”.
Tanzańczycy żyją kierując się dwoma podstawowymi powiedzeniami:
Haraka haraka haina baraka (w wolnym tłumaczeniu, pośpiech to żadne błogosławieństwo)
Pole pole ndiyo mwendo (powoli powoli właściwe tempo)

Powiedzenia te Tanzańczycy wcielają w życie począwszy od małych codziennych drobiazgów, a skończywszy na poziomie niemal teologicznym ;)  I co najważniejsze pojęcie czasu jest tutaj ściśle związane z kulturą,  a momentami mam wrażenie, że jest jednym z jej fundamentów .
       Pierwsze spostrzeżenie to spóźnialstwo. Jest to tak częste, że można uznać jako standard. Oczywiście spóźnialstwo jest popularne na całej kuli ziemskiej.  Sądzę jednak, że różnica jest taka, iż przyczyny są inne. I tak np. na Zachodzie ludzie spóźniają się, gdyż prawdopodobnie się nie wyrobili. Tutaj szanowni obywatele spóźniają się, bo na wszystko mają czas. Kiedy pytam słyszę, że “spóźniam się, bo wiem, że X też się spóźni, to po co mam się spieszyć”, “spóźniam się, bo jak już jestem gotowy do wyjścia, to widzę, że mam jeszcze 5 min, więc po co mam czekać, szukam sobie jakiego zajęcia, no a że potem to zajęcie tak mnie pochłania, że za późno wychodzę….”, „odwiedzili mnie goście, więc musiałem z nimi trochę posiedzieć”  (wbrew pozorom jedna z najczęstszych przyczyn spóźniania się, ponieważ odwiedziny tylko w celu pozdrowienia, które trwają 15, 20, 30 min, są tutaj na porządku dziennym i skłonna jestem stwierdzić, że ma to ścisły związek z tradycją).
Następnie czas, a właściwie jego brak w codziennym życiu mieszkańców Dar, ujawnia się również na poziomie nieco ogólniejszym, jak np. komunikacja werbalna… i nie tylko.
O egzaminie końcowym, który miałam przygotować dla klasy którą uczyłam, oficjalnie dowiedziałam się w dzień egzaminu. Nie było potrzeby informować wcześniej. Jak nie mam przygotowanego testu, to nic nie szkodzi, dzieciaki poczekają. Jako, że byłam już przyzwyczajona do tego typu sytuacji, bocznymi ścieżkami zrobiłam wstępny wywiad z zapytaniem czy coś się szykuje na zakończenie naszej szkoły. Przygotowana więc byłam tylko dlatego, że wydobywając szczątki informacji od różnych ludzi, którzy w sprawę byli zaangażowani, ułożyłam sobie układankę w postaci wiedzy, kiedy i co powinnam przygotować.
Następnie. Pewnego dnia poprosiłam kolegę, aby zadzwonił po znajomego taksówkarza, który podjechać miał po mnie o 14.00. O 13.55 pytam się kolegi czy taksówkarz przyjedzie, kolega sięgnął po telefon i powiedział, że zapyta się bo jeszcze nie dzwonił. (????!!!) Na moje zdziwienie odpowiedział, że gdyby zadzwonił godzinę wcześniej tak, jak go prosiłam, to nie miałabym żadnej pewności, ze taksówkarz się pojawi. Więc teraz przynajmniej byłam pewna. Kierowca przyjechał  spóźniony o ładne 10 min. Na moje usprawiedliwienie:  10 min spóźnienia zamienia się w 30 i więcej, kiedy ruszamy w zakorkowane miasto. 
Argument kolegi zrozumiałam jeszcze tego samego dnia, kiedy przy wysiadaniu umówiłam się z owym taksówkarzem na 17.00 i o 17.30 zrozumiałam, że pana taksówkarza się nie doczekam. Oczywiście jak się potem okazało, bo z ciekawości  JA zadzwoniłam, taksówkarz nie zapomniał, taksówkarz jechał do mnie, ale wyjechał za późno no i jest za daleko, no i korki…. Nie było jednak potrzeby dzwonić i uprzedzać J
       Mamy jeszcze pojęcie czasu, które nieodłącznie związane jest z elektrycznością, a właściwie z jej brakiem. W Nowym Jorku,  po huraganie Sandy połowa miasta nie miała elektryczności. Ta informacja wywołała masę artykułów na temat cierpienia mieszkańców miasta z powodu braku prądu. Tanzańczycy mają to praktycznie codziennie. Oczywiście, że efekt wyłączenia elektryczności będzie się różnił w Nowym Jorku  i w Tanzanii, ponieważ w Nowy Jork  zbudowany jest z większej liczby elementów wymagających energii. Nie zmienia to jednak faktu, że również  w Dar es Salaam brak prądu w niektórych częściach miasta powoduje zatrzymanie ponad 90% czynności, w tym przede wszystkim pracy. Takie nagłe zaskoczenie i wyłączenie prądu mieszkańcy traktują jako zło konieczne i są do tego wyśmienicie psychicznie przygotowani. Siedzi sobie pracownik i pisze coś po klawiaturze komputera, nagle puf! Nie ma prądu. Pracownik automatycznie bierze przygotowaną na tę okoliczność gazetę  i zaczyna czytać, potem wyjdzie porozmawiać z innymi znudzonymi  i ‘obczytanymi’ kolegami, tak mija jedna godzina, druga, trzecia, czwarta….w końcu pracownik patrzy - czas pracy się skończył, wraca do domu. Nie ma więc pośpiechu, nie ma deadline’ów,  bo i tak nie dałoby się ich przestrzegać, praca nie jest więc uzależniona od czasu, ale od możliwości. Jeśli więc wybierają się do urzędu, na policję … nie uzależniają sukcesu w załatwieniu sprawy od czasu, godzin pracy, ale od nadziei, że komputery będą pracować (są oczywiście jeszcze inne czynniki wpływające na sukces, obecność pracownika, odpowiednia gotówka, albo porostu szczęście).
       Możemy jeszcze poruszyć kwestie czasu w pojęciu historyczno - kulturowym i wtedy dotrzemy do  czasu przeszłego, niemal mitycznego tj. zamani, oraz czasu teraźniejszego – sasa. Nie ma czasu przyszłego, poza przyszłością najbliższą. Dlatego m.in ciężko było misjonarzom w dalekiej przeszłości  wytłumaczyć, że jak “będziesz dobry i będziesz kochał Pana Jezusa to czeka cię zbawienie, tzn. życie wieczne, tzn. kolejne życie…” . I aż chce się Tanzańczykowi zapytać “no dobra, a co włożę do garczka jutro?” Oczywiście ciężka praca w pocie czoła w 'przeprogramowaniu' umysłów Tanzańczyków jakiś “sukces” osiągnęła. Oczywiście mówię w perspektywie Zachodniego światopoglądu. Coś jednak pozostało i tak oto istotne jest to, co niedługo, a nie to, co za jakiś czas. Nie ma więc stresu na zasadzie: jak czegoś nie zrobię, to konsekwencje w przyszłości będą takie, a nie inne. Nie mogę zrobić dzisiaj - trudno, z Bożą pomocą zrobię jutro.

Dla mnie, zestresowanego pracoholika wiecznie ścigającego się z czasem życie w takiej „czasowości”  to katastrofa. To wieczne narzekanie z mojej strony na brak szacunku do czasu, do ludzi, efekt braku postępu w tym kraju, bierność I tumiwisizm.
Ale z drugiej strony … ile presji ze mnie zeszło, ile bólów żołądka mnie ominęło, ile nocy nieprzespanych podczas których nie musiałam podtrzymywać oczu zapałkami, byle wyrobić się w terminie. Opanowałam sztukę CIERPLIWOŚCI. I uświadomiłam sobie, jak wielkimi niewolnikami abstrakcji staliśmy się.

Pamiętam też jeszcze jedno powiedzenie. Ludzie na Zachodzie uzależnieni są od czasu – w Afryce czas zależny jest od ludzi.

piątek, 4 stycznia 2013

Malaria i inne czarownice

Od razu zacznę od tego, że NIE MAM. Postanowiłam napisać o tej bohaterce przede wszystkim dlatego, że malaria jest bardzo popularną chorobą w Afryce i w Tanzanii jest ona realnym zagrożeniem. Bardzo często kiedy wybieramy się w podróż np. właśnie do Afryki staramy się dowiedzieć jak najwięcej o potencjalnym zagrożeniu. Pisałam o tym już na początku mojego blogu. Również podczas mojego pobytu w Tanzanii otrzymywałam maile z zapytaniem jak to jest z tą malarią i jak się przed nią uchronić. Ano między Prawdą a Bogiem to nie można (jest to łut szczęścia), ale można się do niej przygotować. Nie ma szczepionki na malarię, jak uważa spora część osób. Można zaszczepić się na żółtą febrę, wściekliznę, dur brzuszny etc. ale na malarię nie można. Są tabletki, które działają można powiedzieć trochę prewencyjnie, trochę łagodzą przebieg (najsłynniejszy to malarone). Pytanie tylko czy warto je brać. Nie odpowiem na nie. Opinii słyszałam wiele: 1. Warto brać przede wszystkim przed wyjazdem i również po powrocie. 2. Nie warto brać, ponieważ opóźniają one objawy malarii, a malaria im później wykryta tym trudniejsza do wyleczenia.  Ponadto nie chronią a jedynie łagodzą przebieg choroby 3. Nie warto brać, a jeśli już, to można kupić na miejscu w Afryce ponieważ jest taniej. I tutaj uwaga! To nie jest dobra rada, ponieważ w Afryce jest mnóstwo fałszywych leków na malarię, warto więc zakupić droższe ale pewne. Mnóstwo osób umiera w Afryce na malarię tylko dlatego, że "leczyli" się fałszywymi lekami. Jeśli już jest konieczność kupowania lekarstw w Afryce należy to robić w sprawdzonych miejscach.

Na podstawie obserwacji i własnych doświadczeń mogę powiedzieć jedno, jeszcze niedawno byłam przekonana, że to co przede wszystkim zwiększa ryzyko zachorowania na malarię to popadanie przez ludzi w rutynę (co jest trochę prawdą), prawda jest jednak o wiele prostsza. Ilość komarów i ich aktywność przewyższa wszelkie oczekiwania. Są malutkie, nie takie jak w Polsce i gryzą przez cały dzień i noc. Pomimo więc szczerych chęci nie można się przed nimi uchronić w 100% (ale oczywiście można zmniejszyć ryzyko).
Preparaty przeciwko komarom jak najbardziej zalecane. To jest coś co rzeczywiście powinno się mieć przy sobie cały czas.

Jeśli jednak trafimy na komara, który uraczy nas tą chorobą, jakie mamy objawy? W Polsce nazwalibyśmy to przemęczeniem, złą pogodą, niedobrym ciśnieniem, w zimie pewnie początkiem grypy. Ból głowy, osłabienie organizmu....
Jak wspomniałam, osobiście (dzięki Bogu) do tej pory nie zachorowałam na malarię, ale niemal co miesiąc od kiedy tu jestem ktoś z bardzo bliskiego mi grona chorował na malarię. Wszyscy po kolei podawali właśnie takie objawy... Nie wolno bagatelizować, szczególnie osobom spoza Afryki, które bardzo łatwo mogą pomylić początki malarii z objawami, które znane nam są również w Polsce. Myślimy więc: zmęczenie, klimat...Najlepiej iść i zrobić test, łatwo dostępny, tani i wyniki dostaje się na miejscu. Można w razie choroby rozpocząć leczenie bardzo szybko i uchronić się od poważnych konsekwencji.

Na szczęście dla mnie trzymam się cała. Nie dopadła mnie do tej pory żadna choroba (i daj Panie Boże niech tak do końca). Jadąc do Afryki słyszymy o zakażonej wodzie, niebezpiecznym jedzeniu, zatruciach pokarmowych, osobiście nakupowałam tyle lekarstw, że przez następne dwa lata (jeśli termin ważności pozwoli) będę mogła ich używać. Wszystkie do tej pory leżą zamknięte. Oczywiście, że jak się człowiek postara to zatruje się bardzo szybko, ale nie popadajmy w skrajności, można tu myć zęby i płukać je wodą z kranu, warto zasmakować przydrożnych smakołyków, warto jednak również mieć głowę na karku i nie zjadać wszystkiego co wpadnie w ręce.I myć ręce! Ale Tanzańczycy są tak przewrażliwieni na tym punkcie, że nawet jak się zapomnisz i zaczniesz jeść to przyniosą ci miskę z wodą i poleją po rękach ;) 
Ale jednak to jest Afryka, bakterie są inne i wcześniej czy później można mieć pecha i może zaatakować choroba, której w Polsce byśmy się nie spodziewali. Ale można też się  trochę do tego przygotować. Nie wiem czy ja mam tak odporny organizm, czy po prostu szczepienia przyniosły zamierzony efekt, ale oby tak do końca. 
I jako suplement ponownie załączę link do Przylądek Zdrowia gdzie szczepiłam się na wyjazd. Poza szczepieniami można tutaj uzyskać wiele praktycznych informacji, jak uchronić się przed chorobami podczas dalekich podróży, wiem również, że młode mamy często mają obiekcje jak na daleką podróż zareaguje ich pociecha, to tym bardziej polecam, ośrodek ten również jest Specjalistyczną Poradnią Pediatryczną.
I koniec końców klip i tanzańska piosenka o malarii w kiswahili, ale brzmienie bardzo miłe: 


niedziela, 30 grudnia 2012

Jak to nie ma Wigilii??

W atmosferze świąteczno - noworocznej muszę przyznać się do (z premedytacją wypielęgnowanego) etnocentryzmu. Każdy wie, jaki szok (mniejszy lub większy) przeżywa dziecko w pełni przekonane, że Święty Mikołaj istnieje, a potem nagle odkleja sąsiadowi brodę z waty. Co natomiast musi czuć dorosła kobieta (w dodatku ponoć kulturoznawczyni) która nagle dowiaduje się, że w Wigilię nie ma żadnego zasiadania do stołu i łamania się opłatkiem. I, że to tylko w Polsce taka tradycja....?! A powiem co. Najpierw to, co to małe dziecko, a potem coś zgoła odmiennego - dumę. 'Bo my w Polsce to mamy taką fajną tradycję............'

Często zdarza się, że na obczyźnie człowiek staje się szczerym patriotą. Nagle "nasze" jedzenie smakuje najlepiej, a "nasze" drogi wcale nie są najgorsze, "nasz" język jest piękny i tylko innym się wydaje, że "szeleścimy", no a "nasza" Wigilia?? W okresie świątecznym siła wyższa albo po prostu atmosfera, skłaniają człowieka do refleksji, wspomnień, tęsknoty. Do Wigilii nie było tak źle. Ciężko odczuć atmosferę świąt w kraju, gdzie w grudniu temperatura przekracza grubo 30 stopni, ludzie nie wiedzą, że 6 grudnia po świecie prezenty rozwozi Św. Mikołaj (co nie przeszkadza im nosić mikołajowych czapeczek i wszędzie rozwieszać jego podobizn). Kiedy więc pewnego grudniowego poranka usłyszałam w daladala rozbrzmiewającą z radia świąteczną piosenkę, zapytałam sama siebie "o co chodzi?". 
 Atmosferę odczułam 24 grudnia, przygotowania do Pasterki (bo Pasterka jest, choć ta, na której byłam zaczęła się o 23.00 lokalnego czasu czyli 21.00 w Polsce) zmobilizowały mnie i jednego z ojców aby wyruszyć w podróż do supermarketów w poszukiwaniu gwiazdy betlejemskiej. Tak, supermarkety są w Afryce, gorzej z gwiazdami betlejemskimi. W końcu się udało, promocja: 5 gwiazd za jedyne Tsh 3,900 (czyli nasze ok 8 zł). Powrót i ubieranie szopki. A szopka jaka oryginalna...Ojciec Augustine, który zawsze ma głowę pełną pomysłów tym razem wymyślił, że Jezus urodzi się na łodzi. Jestem bardzo ciekawa Waszej opinii i stawiam tu pytanie za sto punktów jakie jest tego przesłanie?? ;)
Szopki swoją drogą były ładne, niewiele różniące się (poza tą jedną) od naszych polskich szopek, choć jeszcze inna przykuła moją uwagę, kiedy dostrzegłam, że wśród zwierzątek przy żłobku czuwa również żyrafa. 
Pytam się Ojca:
- żyrafa?, 
- no co? przecież tam też mają pustynię co nie?, 
- poważnie? nie wiem co mnie bardziej zaskoczyło: żyrafa i pustynia czy żyrafa i Bliski Wschód.  
Ale po krótkim zastanowieniu dodałam 
- w sumie co się będę dziwić, my też jesteśmy święcie przekonani, że Jezus urodził się w stajni pokrytej czapą śniegu' ;)

Są kartki świąteczne i nie trzeba ich wysyłać daleko, wystarczy wręczyć osobiście (cóż za piękna tradycja, która u nas już zanika), są prezenty, są wizyty w Boże Narodzenie i są piękne kolędy... I nie ma problemu, że kraj jest w połowie muzułmański. Ozdoby świąteczne można zakupić na targu u muzułmanina (fakt biznes is biznes), jako prezent świąteczny otrzymałam od młodego małżeństwa szyitów tradycyjny strój pakistański, który zresztą ubrałam na Pasterkę! Reakcja po mszy? "Ale ładnie wyglądasz! To indyjskie czy pakistańskie?". 
To jest coś co tutaj uwielbiam: ludzie nie oceniają, nie krytykują, są autentyczni i nie są zawistni. I tego właśnie życzę nam Polakom na nowy, nadchodzący rok :)




niedziela, 23 grudnia 2012

Bongo Flava

Uświadomiłam sobie dzisiaj, że w całej mojej dotychczasowej blogowej historii o Tanzanii zapomniałam wspomnieć o bardzo istotnym elemencie kulturowym, który szczególnie widoczny jest w Dar es Salaam. Bongo Flava. Styl muzyczny (z czasem również styl w tańcu) który wyklarował się w Dar Es Salaam na bazie amerykańskiej muzyki hip hop, R&B, ale również reggae czy dancehall. Termin "bongo flava" pochodzi o "bongo flavour", gdzie "bongo" to liczba mnoga od słowa "ubongo" i dosłownie oznacza "mózg". Tutaj w Tanzanii "bongo" to również powszechnie stosowana nazwa dla Dar Es Salaam, gdzie ten styl się narodził. ("Bongo" ma jeszcze inne znaczenie...jest to pewien styl życia miejscowej społeczności, styl życia, który zaczyna się w głowie i który łączy się w walką o przetrwanie w swoim własnym kraju). Pierwszy raz ten termin pojawił się w latach 90. kiedy jeden z lokalnych DJ-ów chcąc wypromować miejscowych muzyków (którzy dotychczas tworzyli na ulicach, miejscowych koncertach czy zlotach), którzy wprawdzie inspirowali się amerykańską muzyką, ale też dzięki korzeniom afrykańskim stworzyli coś własnego. I tak owy DJ po początkowej  zapowiedzi "R&B flavour" ze Stanów, zapowiedział "Bongo Flava" i tak oto, od tego momentu termin ten przyjął się na stałe. 
Bongo Flava stało się tak popularne, że teraz to w Stanach możemy spotkać stacje radiowe, które grają tylko tę muzykę (Chicago), a miejscowi raperzy czerpią inspirację z tego stylu muzyki. 
Sami Bongo - muzycy wyglądają charakterystycznie, kreują się na pewnych siebie, modnych, ukrytych za ciemnymi okularami gwiazdorów. Faktycznie jednak w większości przypadków przesłanie "Bongo flava" jest bardzo poważne, traktuje o problemach społecznych, polityce, a szczególnie korupcji w rządzie, władzy, a także malarii czy HIV/AIDS. Są też i lżejsze przesłania, romantyczne piosenki traktujące o nieszczęśliwej miłości. Niezależnie jednak o treści, to co charakteryzuje ten styl, to słowa - zazwyczaj śpiewane w suahili lub angielskim - do których Tanzańczycy przywiązują dużo wagę. Dlatego historie zawarte w tych piosenkach są często przedstawiane w liryczny i bardzo wzruszający sposób.

Na dowód tego zamieszczę jedną piosenkę. Jest to dość subtelna reprezentacja Bongo Flava i traktuje oczywiście o miłości. Ale umieszczę właśnie ją i właśnie o niej opowiem, ponieważ dzisiaj pierwszy raz ją usłyszałam i w prezencie otrzymałam od znajomych pełną historię powstania tej na pozór zwykłej piosenki. Piosenka chyba z początku tego roku albo z końca poprzedniego. Ali Kiba, piosenkarz, który ją wykonuje opowiada w niej historię, a właściwie jest głosem swojego przyjaciela w pewnej historii ....
Historia oparta jest na faktach. Było dwóch przyjaciół, jeden z nich miał długoletnią przyjaciółkę. Ta przyjaciółka zakochała się z wzajemnością w drugim chłopcu. Przyjaciel postanowił pomóc im być razem. Tak też się stało. Jednak chłopak był zazdrosny o ich wspólnego przyjaciela. Zaczął robić swojej dziewczynie problemy o to, że spotyka się z jej długoletnim przyjacielem - ich wspólnym przyjacielem. Ten przyjaciel w obawie, że związek tych dwojga może się rozpaść przez niego postanowił usunąć się w cień i zerwać z nimi kontakt. Dziewczyna nie mogła się z tym pogodzić i ciężko to znosiła, dodatkowo z powodu złośliwych plotek, które docierały do chłopaka dziewczyna była ofiarą wielu nieuzasadnionych zarzutów ze strony chłopaka. Niedługo po odejściu najlepszego przyjaciela dziewczyna popełniła samobójstwo. Nie zostawiła żadnego listu, żadnego wyjaśnienia. Nikt nie wiedział co się stało. Tylko ten przyjaciel, ponieważ znał całą historię i wiedział, że dziewczyna z całego serca kochała swojego chłopaka, ale nie mogła znieść jego oskarżeń. Ten przyjaciel spotkał się ze swoim starym przyjacielem i wielką miłością swojej przyjaciółki. Zarzucał mu, że jest winny śmierci dziewczyny. Oskarżył go o niesprawiedliwe traktowanie dziewczyny i doprowadzenie do jej śmierci. Po fakcie i ten chłopak uświadomił sobie swój błąd i to, że wszelkie oskarżenia były bezpodstawne. Przyjaciel zadał mu pytanie "jak się teraz czuje po tym wszystkim"? I te zarzuty padają w tej piosence. Ponieważ, jak napisałam, ten przyjaciel dziewczyny, który oskarża jej chłopaka o śmierć jego przyjaciółki, to również przyjaciel chłopaka, który wykonuje tą piosenkę i który opowiedział mu całą historię. 
Co ciekawe, owy ex-chłopak kiedy usłyszał w TV pierwszy raz tę piosenkę nie wiedział, że jest to jego historia, ale fakt, że jest ona tak podobna do jego własnej spowodowała, że ciężko znosił słuchanie tego utworu. Pewnego dnia podczas wywiadu z piosenkarzem usłyszał, że historia zaczerpnięta jest od jego przyjaciela, chłopak wtedy właśnie dowiedział się, że słucha w tej piosence o własnej historii, którą były przyjaciel opowiedział innemu chłopakowi. Co się stało potem z tym chłopakiem nie wiadomo, ponoć również chciał popełnić samobójstwo. Piosenki nigdy więcej nie chciał też słuchać.
Sama piosenka stała się hitem. Ludzie początkowo nie mieli pojęcia skąd zaczerpnięto inspirację, ale po ujawnieniu źródła, piosenka zyskała jeszcze większy rozgłos. 
 Może banalne, może sentymentalne...mnie ujęło. A przede wszystkim świetnie prezentuje autentyczny klimat Bongo Flava. Acha, piosenka nosi tytuł (w wolnym tłumaczeniu) "Miłości ucieka z tego świata". 
                                                      MAPENZI YANA RUN DUNIA

środa, 19 grudnia 2012

Rozmowy autobusowe #3

W poszukiwaniu "prawdy" wybrałam się do Tanzanii, ponieważ gnębiło mnie pytanie o ten pokojowy nastrój, który panuje w kraju (zamieszki były, ale jedna jaskółka wiosny nie czyni). Jak bardzo banalnie zabrzmi moje odkrycie, jeśli powiem, że Tanzańczycy po prostu są uprzejmi? :) 
To słowo faktycznie jest jednak banalne w tym przypadku. Bo sprawa nie jest taka prosta. Jak usłyszałam dzisiaj od jednego mieszkańca "uprzejmość to nie tolerancja". 

Ale od początku. Faktem jest, że Tanzańczycy są bardzo uprzejmi. Pierwszy obraz można dostrzec na ulicy podczas pozdrawiania, ale na tym nie koniec. Niesamowite jak Tanzańczycy unikają konfliktów. Jakby spokój był priorytetem, najwyższą wartością, pożądanym dobrem, a zakłócanie spokoju to grzech niewybaczalny, który wyklucza cię ze społeczności. 
Początkowo myślałam, że to pojedyncze przypadki, ale pewne sytuacje, których byłam świadkiem, skonfrontowane potem podczas dyskusji oczywiście z miejscowymi, pozwoliły mi dojść do wniosku, że jednak jest to powszechne. Ale również nie takie proste z definicji. 

Mam w głowie kilka przykładów. Zaczęło się od znanego już autobusu. Pierwszą noc na trasie Dar Es Salaam - Kigali, spaliśmy na otwartym terenie. Chronionym i dość obszernym. W rezultacie mieliśmy do wyboru spać albo w autobusie, albo na zewnątrz. Zdecydowana większość wybrała drugą opcję. Ciepło, miło, powietrze... Ja wybrałam pierwszą po zorientowaniu się, że cały tył autobusu będzie dla mnie. Kilka osób również zdecydowało się na autobus. Czasu na sen było mało. Więc szybko do spania i korzystać z nocy. Ale! Po niecałej godzinie, kilka osób z zewnątrz, znudzonych spaniem postanowiło odwiedzić kilka osób z autobusu również znudzonych spaniem. W godny podziwu dla mnie sposób stanęli oni na kole od autobusu, i przez okno prowadzili zawziętą konwersację z tymi z wewnątrz. Śmiechy, żarty, krzyki...i cały autobus uraczył się przymusową pobudką. Ludzie zaspani, podnosili głowy, siadali w pionie i walczyli ze snem, ale zasnąć nie mogli, bo koledzy rozmawiali. I ani jedna osoba, nie zwróciła im uwagi. Wszyscy przerzucali się z boku na bok, siadali, kładli, wzdychali cicho, narzucali ciuchy na głowę, ale nikt nic nie powiedział (ja się nie wtrącałam - ja się nie znam, ale Bóg mi świadkiem co w głowie miałam zaplanowane, żeby zakończyć tę farsę). Do rana jakoś przemęczyliśmy. Kolejna sytuacja w autobusie. Kolega kilka siedzeń przed nami chciał poczęstować jakimiś smakołykami kolegę siedzącego koło mnie. Smakołyki zaczęły odbywać podróż z rąk do rąk. Dosłownie siedzenie przed nami podróż się zakończyła, ponieważ jakieś ręce zanurzyły się w torebeczce, wyłowiły 90% zawartości, wsunęły tą zawartość do buzi i resztę rzuciły do tyłu. Kolega nie złapał, 10% rozsypało się między nogami. I co? Kolega popatrzył wzrokiem zbitego psa i ... cisza! 
Ej o co chodzi? Już nie mówię o kłótni, ale żeby chociaż zwrócić uwagę...
Ja nic nie powiedziałam, ja się nie znam...

Uwrażliwiłam się na tym punkcie do tego stopnia, że po powrocie zaczęłam dostrzegać tego typu sytuacje. Na ulicy chłopak sprzedający gazety. Żeby było jasne nie był natarczywy, tylko wykonywał spokojnie swoją pracę. Jakiś kierowca postanowił zepchnąć go z drogi. Chłopak upadł. Wstał. Popatrzył się na kierowcę wzrokiem trochę pełnym żalu trochę złości i tyle. Tak sobie myślę, że w Polsce to przynajmniej opona z tego samochodu byłaby skopana. 
Kolejny przypadek. Jadę samochodem (jako pasażerka oczywiście) i standardowo kierowca pojazdu, w którym się znajduję bez większego dla mnie zaskoczenia postanowił pojechać na skróty. W tej sytuacji oznaczało to wjechanie na chodnik. No tak się stało, że kierowca musiał w związku z tym rozproszyć grupkę mężczyzn. Grupka się rozproszyła, jeden Pan zawalczył o swoje prawa i zaakcentował uprzejme "PRZEPRASZAM" w kierunku kierowcy. Kierowca zatrzymał się, wychylił głowę za szybę czekając na ciąg dalszy. I ... cisza. Kierowca wsunął głowę z powrotem i odjechał. No to powalczyli o swoje prawa!
Myślę, że przykładów wystarczy, choć mogłabym podać więcej. Na moje pytanie DLACZEGO? słyszę: "czasami na drodze ludzie się niecierpliwią i zatrąbią np. jak daladala zablokuje drogę, bo stanie sobie w poprzek i coś długo zmienić pozycji nie może. Wtedy zdarzy się zatrąbić, ale ludzie zaczynają na ciebie tak patrzeć, że agresywny, że nie wiadomo co, że aż ci głupio".

Zaczęłam zastanawiać się na ile ta uprzejmość to uprzejmość, a na ile po prostu pasywność. A jeśli pasywność, to na ile jest to siła, a na ile jest to słabość? Wiele razy miałam ochotę powiedzieć: "weź się człowieku w garść i zawalcz o swoje". 
Zaczęłam się zastanawiać, że może to nie oni mają problem, tylko ja. Skoro im dobrze funkcjonować w takiej biernej postawie, to ich sprawa. Ale wtedy usłyszałam bardzo ciekawe zdanie z ust jednego Tanzańczyka: "Tanzańczycy to bardzo pokojowy naród, ale właśnie tę cechę nasz rząd wykorzystuje, żeby zniszczyć własnych obywateli". 



piątek, 14 grudnia 2012

...

Nie będę komentowała, jak fatalna jestem w utrzymaniu stabilizacji, nie skomentuję również, że w oryginale jakość dźwięku i obrazu jest sto razy lepsza. Za to powiem, że jestem ich wielką fanką, a ten utwór należy do moich ulubionych. Chłopaki i Don Bosco - niedzielny relaks... ;)